Pracowałam w restauracji

Pracowałam w restauracji. Z całą pewnością mogę powiedzieć, że każda godzina spędzona w tym przybytku była dla mnie godzina straconą. Okej, jak ktoś lubi monotonna, syzyfową  pracę to spoko, zachęcam. Ale jeśli ktoś ma chociaż odrobinę kreatywności w sobie, czy poczucia własnej wartości, to mówię: Nigdy, ale to nigdy, nie staraj się pracować w restauracji, a już na pewno nie jako pomoc kuchenna.

W tym wpisie przedstawię parę smaczków z kuchni oraz kulisy pracy w restauracji. Gotowi? Zaczynamy!

Jaka praca taka…

Płaca. Najniższa krajowa. Kucharki zarabiały coś koło 7 zł/h/rękę. Robiły co drugi dzień po 12 h. Dajmy na to dni było 15, jaką dostawały wypłatę? 1260 zł/rękę.

Ja, jako studentka, ubezpieczona zdrowotnie przez mamę, dostawałam 8,13 zł/h/rękę. Na początku pracowałam tylko w weekendy. Praca zazwyczaj do 21. Później dopiero w wakacje udawało mi się zarobić coś więcej.

W czym rzecz? Na początku przyznam, płaca za godzinę była może zbliżona do faktycznej wartości mojej pracy. W końcu byłam powolna, dopiero się uczyłam. Wykonywałam najprostszą robotę. Wszystko OK. Lecz! Dni mijały, moje doświadczenie i szybkość ruchów rosła, a wypłata? Nie. Mało tego, w końcu doszłam do takiej wprawy, że robiłam za siebie, za drugą pomoc kuchenną i nawet czasem za trzecią pomoc kuchenną. Wyobrażacie sobie jak zapierdalałam? I to wszystko za marne 8 zł/h! Ciężka praca fizyczna! Wykańczająca! W ujowych warunkach. Ktoś mi dziękował? Nie! Dostałam podwyżkę? No, kurffa nie!

Godziny i dni pracy

Na początku było wzorowo. Od 10/12 do 18. Później już do 21. A nie daj boże, że akurat obsługiwała wieczorem litościwa kelnerka i zamówiła o 20.55 nieckę chłopską. Wtedy rozpoczynała się walka z czasem. Wychodziliśmy w takich sytuacjach koło 22. Ktoś zarezerwował restaurację na imprezę do 2 w nocy? Mając pecha i będąc w tym dniu w pracy mogłeś być pewnym, że gówno kogokolwiek obchodzi to, do której możesz zostać. Tutaj tez wina klienta, któremu nie przyjdzie do głowy, że jest nie mile widziany od 20.45.

Praca głównie w weekendy. Można zapomnieć o życiu towarzyskim. Kiedy inni maja wolne, ty zapierdalasz, wylewając z siebie hektolitry potu.

Zdarzało mi się pracować 5 dni pod rząd po 12 godzin. Od 9 do 21, czasem po 13.

Warunki…

Opłakane. Ciągle coś się psuło. Ciągle na głowę leciały mi szklanki. Masz mokre ręce? Jest zima? Zapierdalaj wynieść śmieci. Nikogo nie obchodzi, że narażasz swoje zdrowie! Nic się nie stanie jak na starość wykręci Ci ręce reumatyzm. Wszechobecny tłuszcz w powietrzu? Spoko, nie zdziw się, jak nagle zaczniesz przeżywać ze swoją twarzą drugi okres dojrzewania. Co jeszcze? Głupia, druga pomoc kuchenna nie potrafi używać szmaty pracując na zmywaku, wynik? Kelnerzy jeżdżący po podłodze jak na lodowisku. A powtarzałam wielokrotnie, że na coś ta szmata tam jest. W końcu zaczynasz opierdalać wszystkich ludzi, nie ze złośliwości, ale po to by czuć się choć odrobinę bezpieczniej.

Na początku mojej drogi przez mękę spotkała mnie pewna sytuacja. Wracam na zmywak. Widzę garnek. Widzę: jest zamoczony. Ok. Zaczynam go szorować. Kelner każe mi opłukać ręce. Czemu? Bo głupia krowa, druga pomoc kuchenna, nie mogła mi powiedzieć, przechodząc sekundę wcześniej obok mnie, że spryskała garnek kwasem. No kretynka! W tej pracy ufaj tylko sobie.

Czas letni. 40 stopni na polu. Na kuchni +50. Szefostwo nie ogarnia, że może warto zainstalować klimę. No, jeśli argument, że ludzie mogą paść nie przemawia, to może jeśli poczują straty w wyrzucanej żywności coś się zmieni? Czcze nadzieje. Co to dla nich wydać dodatkowe parę złotych na nowe ziemniaki, skoro stare się zepsuły? Oni tego nawet nie odczują. W końcu zarabiają na jednej restauracji w dzień powszedni ponad 2000 zł, a w weekendy ponad 5000 zł.

A jeśli zabraknie prądu?

Nic. Kompletnie nic. Smacznego.

A jeśli zabraknie go przez 2 dni?

Nic. Kompletnie nic. Smacznego.

Druga pomoc kuchenna waliła zbitkiem przymarzniętych do siebie pierogów o podłogę, a żeby je rozdzielić. Smacznego ;)

Mięso? Jakie mięso? Toć to się dalej nadaje do spożycia…

A roślinkom, to już w ogóle nic nie będzie. Ziemniaki jak się wygotują to przestaną śmierdzieć.

Jedzenie przygotowywane jest na bieżąco.

Jeśli na bieżąco można nazwać: co tydzień, dwa… miesiąc, dwa…

Prawda jest taka, że świeże w restauracji są tylko: ziemniaki, placki ziemniaczane, pierogi (o ile był cały czas prąd, można powiedzieć, że są zjadliwe), schabowy, zawijaniec, frytki… Multum rzeczy i jeszcze więcej rzeczy! O ile wymagają one usmażenia. Są też jeszcze warzywka gotowane, które też przygotowuje się na bieżąco z mrożonki.

Zupy w chłodni stoją czasem nawet półtora tygodnia.

Co więc z golonką? Gołąbkiem? Etc. Etc.? A no, akurat w restauracji w której ja pracowałam były przygotowywane raz za czas w większej ilości, aby podczas wydawki, zostać odgrzanymi w… mikrofali! (Taa Daam!)

Gulasz z dziczyzny, gdy odchodziłam, już 4-ty miesiąc leżakował w zamrażarce. A należy pamiętać, że rzeczy dobrze zamrożone, są tylko, jeśli zamrażane są w -40 stopniach, co osiąga się jedynie podczas produkcji w fabrykach, przetwórniach i innych. Zamrażarki w restauracji miały -20 stopni maks ;)

Rozśmieszały mnie karteczki pozostawione przez jedna bądź druga kucharkę: mięso przeszło odnowę biologiczną.

Sanepid

Wszyscy się obawiają, a nie ma czego. Podczas plagi myszy, restauracja dostała tylko upomnienie za nieposprzątanie bobków. Żadnej kary. No cóż. Pozostawiam bez komentarza.

Klienci

Ja nie miałam z nimi do czynienia, ale nasłuchałam się dość od kelnerów. Kontakt z pijanym człowiekiem nie należy do najprzyjemniejszych, są głośni, sprośni, a czasem nawet agresywni. Niektórzy ludzie traktują restauracje (gdzie zazwyczaj płaci się na końcu, gdy kelner przyniesie rachunek) jak punkty darmowej wyżerki. Ileż to razy zdarza się gościom nie dopłacać do rachunku, wyjść nie płacąc, bądź nagle stwierdzić, że zupa która smakowała dziesiątką ludzi przed nimi jest tak słona, że kubki smakowe wypala. Oczywiście, wtedy standardem jest foch na kelnera i żądanie reklamacji. A takiego wała, jak zjadłeś cały talerz zupy. Taka była zła? Po co więc jadłeś? Wyłudzenia, wyłudzenia i jeszcze raz wyłudzenia.

Nie stać cię na obiad? Oto trick wykonywany notorycznie przez biedaczków: zamów jakiekolwiek danie (to nic, że jest warte 80 zł i jest naprawdę rzadko zamawiane), gdy kelner odejdzie do rozdzielni, po cichu zbierz siebie, swój dobytek i rodzinę. Spierdalaj. To nic, że kelner będzie musiał pokryć koszt wydania zamówionego przez ciebie posiłku. Przecież oni są tacy bogaci z tych napiwków!  („Nie, proszę nie wydawać reszty” rachunek: 99.99 zł, gość dał 100 zł, ot taki na piweczek zwyczajowy, hahaha, tu może ciutke przesadzam)

Podsumowując

Ciągle narzekam i narzekam. Ja z tej pracy byłam całkowicie nie zadowolona. Nie dziwie się, czemu szef zatrudnił mnie, mimo iż nie miałam żadnego doświadczenia i najpewniej na rozmowie kwalifikacyjnej nie zabłysnęłam intelektem (strasznie stresują mnie takie sytuację, cóż poradzić). Nigdy więcej więc, choćby mnie przycisnęło, nie zgodzę się pracować w gastronomi. Nigdy.

Rzadko jadałam w restauracjach. Teraz nie jadam w ogóle. Wolę kebsa, który jest przygotowywany na moich oczach, z kebabowni, w której jest bardzo! duży ruch.

Jedząc w restauracji musisz być przygotowanym na to, że na 99% ktoś maczał palce w twym posiłku, próbował twojego posiłku, twój posiłek był odgrzewany w mikrofali, twój stek spadł na podłogę, twoja szklanka nie została domyta, a twoja zupa ma co najmniej tydzień…

Smacznego, drodzy czytelnicy!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Ogólnie i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Pracowałam w restauracji

  1. K. pisze:

    ciekawie pokazana praca w restauracji. Ja troche znam ten temat, ale myślę, ze potencjalny Klient nawet nie wie co dzieje sie za kuchennymi drzwiami

  2. Hej! Zacznę może od tego, że bardzo podoba mi się Twój blog! Fajny masz sposób pisania, przedstawiania tego, co chcesz ująć. I śliczne profilowe ;)) Fajne jest też to, że nie piszesz tylko na jeden temat, można u Ciebie znaleźć więcej informacji, historii itd. ;)) Na pewno wrócę ;)

    Co do mnie – nie wiem, czy lubisz czytać cudze wypociny, ale zapraszam do mnie! ;)

    dezawi.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>