Fragment: „Upadek. Aster Hyll”

Najlepszy pisarz to taki, który wiele przeżył. W swoich pracach staram się zawierać postrzeganą przeze mnie rzeczywistość. Nie stosuje hiperboli, unikam mylących porównań, zgłębiam temat zanim zawre go w swych wypocinkach. Tak jest też z lękiem wysokości, moją fobią ;)

Fragment wybrany z myślą o moim najwierniejszym czytelniku ;*

           Docieramy nad brzeg morza, jakiś kilometr od wzgórza, na którym góruje latarnia. Na sam jej widok ściska mi się żołądek. Ale to nic, bo z prawdziwą ulgą wysiadam z samochodu i odkrywam, że wiatr zagłusza szczebiotanie Weroniki. Raczyła nas opowieściami o Strefie przez całą czterdziesto minutową drogę. Nie tylko ja nie byłam zainteresowana jej wywodami. Ochroniarze jawnie ją olewali wyglądając za przyciemniane szyby, a Tiamath tylko co jakiś czas odrywał wzrok ode mnie i przenosił go uprzejmie na dyplomatkę.

            Przeciągam się, bo mimo całej elegancji i przepychu wnętrze limuzyn było cholernie nie wygodne. Samochód nie może jechać dalej, bo jest zbyt długi, zbyt niski i nie miałby gdzie zawrócić. Zastanawiam się po co Tiamathowi i Weronice ochroniarze skoro jesteśmy na kompletnym odludziu.

            Idziemy pod górę, po lewej mamy brzeg morza, fale uderzają o piaskowe wydmy, po przejściu każdej fali krajobraz zmienia się.

            Dziś Tiamath nie chwyta mnie za rękę. Idzie zamyślony i rozgląda się dookoła. Unika nas.

            Gatrix i Faust rozluźniają się i chowają broń do pochew na plecach. Takie miejsce na broń wydaje się mi niewygodne. Zbliżam się do nich, a oni śledzą mnie wzrokiem z ciekawością. Uśmiecham się lekko i pytam Gatrixa, czy mogę dotknąć jego pancerza. Kiwa głową i zatrzymuje się bym mogła się dokładniej przyjrzeć.

            Pancerz stworzony jest z jakiegoś żelu. Kiedy go naciskam nie zapada się, ale zachowuje jak guma, bardzo miękka guma. Skrzy się delikatnie na niebieski kolor.

            Nie zauważam kiedy Tiamath podchodzi do nas, kątem oka widzę, że obserwuje mnie.

            -Zobacz – mówi i nim zaprotestuje, wyciąga nóż zza pasa Gatrixa i wbija go w pancerz. Nic się nie dzieje. Powierzchnia ugina się pod ostrzem, ale nie pęka.

            Wręcza mi nóż.

            -Spróbuj – zachęca.

            Zaciskam dłoń na rękojeści i z całej siły przeciągam ostrą krawędzią po materiale. Jest całkowicie odporny, nóż nie pozostawia nawet zadrapania.

            -To niesamowite – mówię pełna podziwu.

            Uświadamiam sobie, dlaczego ochroniarzy Tiamatha jest na pierwszy rzut oka tak niewielu. Mają nad nami przewagę. Posiadają materiał nie poddający się fizycznym atakom. Jeśli doszło by do walki, bez problemu przejęli by nasz okręg.

            -Chcesz zobaczyć coś jeszcze? – pyta mnie i bierze pistolet od Gatrixa.

            -To nie będzie boleć? – pytam. Sama kiedyś zostałam postrzelona. Miałam kamizelkę kuloodporną, jedną z najlepszych, a mimo to bolało jak diabli.

            -Ten nanożel bierze na siebie całą siłę uderzenia.

            Odchodzi parę kroków do tyłu i celuje w wyprostowanego Gatrixa. Ochroniarz nawet nie mruga, kiedy zostaje postrzelony. Żelowy pancerz lekko drga.

            -I co, czułeś coś? – Tiamath pyta mężczyznę.

            -Nic, a nic – Gatrix szczerzy zęby.

            -Świetny wyrób – podsumowuje syn najwyższego z duma w głosie – chodźmy na tą latarnie.

            Wleczemy się do stóp latarni. Siwowłosy, brodaty latarnik wpuszcza nas i prowadzi na samą górę.

            Dla rozluźnienia staram się liczyć stopnie. Gubię się jednak w rachunkach. Stres nie daje mi trzeźwo myśleć.

            Zatrzymujemy się na przed ostatnim piętrze. Na ostatnim jest źródło światła. Toksyczne, więc żeby do niego się dostać musielibyśmy ubrać kombinezony ochronne.

            Z tego piętra można wyjść na zewnątrz, na balkonik otaczający wieże. Kiedy latarnik otwiera drzwi serce zaczyna mi walić jak młotem. Czwórka towarzyszy wychodzi bez skrępowania, a ja mały krok za kroczkiem dochodzę do wyjścia. Zamykam oczy.

            Lewą ręką znajduję ścianę i przesuwam się wzdłuż niej. Przystaje i za wszelką cenę próbuję się wtopić w mur przede mną. Wiem, że to niemożliwe. Próbuję zająć czymś myśli, by nie wyobrażać sobie, jak grunt usuwa się mi spod nóg. Co jakiś czas mam jednak potworne wrażenie spadania. Obawiam się, że mój profesjonalny manicuir nie wytrzyma kurczowego wczepiania się w cegły.

            -Aster! – słyszę, gdzieś z prawej ganiący głos Weroniki – jak masz nas ochraniać nie widząc co się dzieję!

            -Tutaj nikt nas nie zaatakuje – mówię, kiedy tylko udaje mi się przełknąć ślinę przez wysuszone gardło.

            Czuję się jak idiotka. W tej chwili jestem całkowicie sobą. Kobietą obawiającą się wysokości.

            -Co się dzieję? – no pięknie, teraz Tiamath zainteresował się moim zachowaniem. Ale nic nie mogę na to poradzić. Trzęsą mi się kolana, a serce chce wyskoczyć z piersi.

            -B-b-boję się… wysokości – kończę za nadto piskliwie.

            -Żartujesz? – w jego głosie słychać wątpliwości.

            Matko! Co ja mam zrobić by mi uwierzyli?! Otworzyć oczy i zemdleć?!

            Marszczę brwi, bo słyszę, że mężczyzna się śmieje.

            -Aster – mówi delikatnie – widoki są piękne. Chcesz je zobaczyć, prawda?

            Co?! Zobaczyć je?! Nie! Stanowczo nie! Ale nie mogę tego powiedzieć, nie przy Weronice, już i tak narobiłam sobie wstydu. Bez wątpienia jest niezadowolona, a pogorszę swoją sytuację jeśli powiem, żeby się odczepił.

            -Nigdy nie widziałam okolicy z takiej wysokości – mówię dyplomatycznie. Nie jestem jednak dobrą dyplomatką ponieważ głos mi się trzęsie. Prawie szczękam zębami.

            -Jeśli tylko pozwolisz – mówi Tiamath, a w jego głosie nie wyczuwam kpiny, czy pogardy – pomogę ci. Chcesz tego?

            Nie chcę niczyjej pomocy. Jedyne o czym teraz marze to położyć się na łóżku i popić tabletkę nasenną piwem. Przespać ten koszmarny dzień. Zapomnieć o wrażeniu jakie towarzyszy mi ponad sto metrów nad ziemią.

            -Tak, pomóż mi – chrypie wbrew sobie.

            Słyszę jak podchodzi. Staje za mną i wplata swoje palce między moje. Jest nieporównywalnie cieplejszy niż ja, w końcu to nie on wtula się od jakiegoś czasu w lodowaty mur. Przybliża się bardziej i to samo robi z moja drugą ręką. Mocno trzyma moje dłonie.

            -Puść – rozkazuje mi.

            Z przerażeniem odrywam od cegły palec po palcu. Tak samo u drugiej ręki. Gdy zostaje tylko malutki palec nachodzą mnie nierealne wątpliwości. Boję się puścić bo mam wrażenie, że wtedy przepadnę. Spadnę w dół i nawet silne dłonie Tiamatha nie dadzą rady powstrzymać grawitacji przed spełnieniem swej roli.

            -Świetnie ci idzie – szepcze mi uspokajając do ucha.

            To działa. Ostatni palec zsuwa się z muru. Tiamath lekko cofa się w tył. Wiem, że powinnam zrobić to samo. Przychodzi mi to z trudem. Cofam najpierw prawą nogę, później lewą. Już nie czuje chłodu ściany przed sobą.

            -Teraz odwrócę  nas w stronę barierki – zostaje poinformowana.

            Jest bardzo delikatny, obchodzi się ze mną jak z jajkiem. Przesuwa mnie przed sobą i w pewnym momencie zatrzymuje. Osiągnęliśmy cel. Chce wyciągnąć swe palce u prawej ręki spomiędzy moich, a ja zaciskam je jeszcze mocniej. Nie chcę mu na to pozwolić, za bardzo się boje.

            -Aster, nie spadniesz. Będę cię trzymał – na potwierdzenie swoich słów powoli ściąga nasze lewe ręce w dół i przytrzymuje mnie w tali – widzisz? Nie wyśliźniesz mi się. Zaciśnij dłoń na naszych rękach jeśli chcesz. Chcesz tak? – kiwam głową, a on opuszcza nasze prawe ręce. Delikatnie oswobadza się z mojego uścisku, a ja wtedy kurczowo łapię przedramię, które znajduje się na wierzchu. Jego przedramię. Wolną dłoń kładzie mi pod brodą i zmusza, bym podniosła ją wysoko – Teraz możesz otworzyć oczy.

            Otworzyć oczy? Ale po co? Nagle przypominam sobie jaki cel miał cały ten zabieg. Przecież wyraziłam chęć oglądnięcia widoków, a on miał mi w tym pomóc. Teraz została mi do wykonania ostatnia część jego misternie wykonanego planu. Muszę otworzyć oczy.

            -Dasz radę, Aster? – szepcze mi do ucha, dodając odwagi.

            Jeśli oni to potrafią to ja też umiem. Przysuwa się do mnie tak blisko, że czuje każdy jego mięsień, jego szczęka znajduje się przy moim uchu. Biorę się w garść, delikatnie, powolutku uchylam powieki. Widzę jasną poświatę. Kształty zaczynają się wyostrzać. Widzę morze. Ogromne fale toczą białą pianę, a ja… ja nie mam wrażenia, że opadam w dół. Przeciwnie. Czuje, że twardo stoję na nogach i, że nic mi nie grozi.

            Uświadamiam sobie jak kurczowo zaciskam palce, z pewnością, sprawnie zablokowałam krążenie w dłoniach Tiamatha, on jednak mnie nie karci, jest wyrozumiały, kątem oka widzę jak się uśmiecha.

            -Czy to było takie trudne? – pyta.

            -Sama bym tego nie zrobiła – przyznaje. Jestem mu wdzięczna, ponieważ jeszcze nikt nie potraktował w ten sposób mojego lęku. Zawsze naśmiewano się ze mnie, albo zwalniano z ćwiczeń na wysokości. On pokazał mi inne wyjście. Sprawił, że stawiłam czoło swemu lękowi, oczywiście z potężną dozą asekuracji.

            Weronika robi coś niespodziewanego. Staje przy barierce i robi nam zdjęcie, później następne z drugiej strony, aż w końcu przenosi swoje zainteresowanie na widoki.

            Podziwiamy morze jeszcze przez parę minut. Z każdą chwilą coraz bardziej oswajam się z wysokością, ale również i z niepokojącą bliskością Tiamatha. Mój wskaźnik sympatii przesuwa wskazówkę z napisu „nienawiść” do pozycji „nie lubię”.

            -No Aster – mężczyzna przywołuje mnie na ziemie – nie widziałaś jeszcze widoku na miasto. Zakładam, że chcesz to zobaczyć, prawda?

            -Prawda – odpowiadam, ale tym razem nie ze względu na Weronikę, ale dla siebie.

            -Zamknij oczy – słyszę polecenie. Wykonuje je bez problemu, bo o wiele łatwiej jest zamknąć oczy, niż je otworzyć. Tiamath znajduje moją prawą rękę i tak jak poprzednio rozkłada dłonie na boki. Tym razem mamy dłuższą drogę do przebycia. Idę naprzód, a on lekko poprawia kierunek, w którym idę. W końcu zatrzymuje nas. Powtarza całą sekwencję ułożenia rąk i znów kładzie mi dłoń pod brodą – już. Możesz patrzyć.

            Otwieram oczy, ale z nieporównywalnie mniejszym trudem niż poprzednio. Przed nami rozciąga się panorama miasta. Nie jest tak zachwycająca jak ta morza, ale też jest co podziwiać.

            Odnajduje mój kompleks mieszkalny. Wygląda lepiej niż większość budynków i osiedli.

            -Tam mieszkam – kiwam głową w jego kierunku – w jednym z tych oszklonych srebrzystych  budynków.

            Opis jest wystarczający, żeby Tiamath domyślił się o które budowle mi chodzi. W naszej strefie takich budynków jest jak na lekarstwo.

            -Może kiedyś cię odwiedzę – mówi.

            Nie brzmi to nachalnie, ani nie uprzejmie, jednak ja odbieram to jak zagrożenie. Nie daje tego po sobie poznać.

            -Jeśli tylko będziesz mieć dobry powód – odpowiadam niezobowiązująco. Dobrym powodem mogą być nawet kawa i ciasteczka.

            -Proszę państwa – odzywa się ktoś za nami – zapowiadają bardzo silny wiatr, więc powinniście już zejść.

            Wiem, kim jest ów ktoś. To siwowłosy latarnik.

            -No, to koniec zwiedzania – mówi Tiamath – zamknij oczy. Odprowadzę cię do wyjścia.

            Nauczona pozwalam mu się prowadzić. Aż dziwne, że w sytuacjach stresowych potrafimy zaufać całkiem obcej osobie, byle by tylko wybawiła nas z kłopotów. By przejęła choć odrobinę naszego bagażu z lękiem.

            Puszcza mnie dopiero, kiedy drzwi się za nami zamykają.

            -Otwórz oczy, Aster.

            Dalej jestem posłuszna. Pierwszą osobą, którą widzę jest Weronika, wpatrzona w nas jak w obrazek. Znów czekają mnie pochwały.

            Tiamath wychodzi zza mnie i ciągnie za rękę do schodów. Tam też nie zamierza mnie puszczać.

            -Och… jaka piękna para – słyszę za sobą kiedy znikamy za zakrętem. To latarnik, najwidoczniej myśli, że między mną, a Tiamathem coś jest. Odpowiedź Weroniki niknie w tupocie naszych stóp, odbijającym się echem od murów latarnii.

            Mężczyzna puszcza moją dłoń dopiero, gdy wychodzimy na pole. Reszta została daleko za nami. Tiamath nie zamierza na nich czekać, bo rusza żwawym krokiem przed siebie, pośpieszając mnie gestem.

            -Jutro masz wolne – mówi – jest parę ciekawych ksiąg, które chcę przeglądnąć. Dziś będą na mnie czekać w apartamencie.

            -To znaczy, że zostało nam jeszcze jedenaście wycieczek? – pytam, mając nadzieje na twierdzącą odpowiedź.

            -Nie, skądże. Dwanaście. Czasem będę robić takie krótkie przerwy. Będę tu do pierwszego stycznia waszej daty – tłumaczy.

            -I w cały miesiąc masz zamiar ogarnąć wszystkie książki, które dostaniesz? – powątpiewam.

            -Ogarnąć? – marszczy brwi – w jakim sensie ogarnąć?

            -Och. Tak się mówi jeśli masz na przykład bałagan, dużo do nauki, dużo do przeczytania. Nie umiem ci tego wytłumaczyć. Nie jestem dobra w tworzeniu definicji. Przepraszam, będę używać prostszych słów.

            Tiamath śmieje się i otwiera mi drzwi od limuzyny, zaprasza gestem. Wsiada za mną i sadowi się dość blisko. Krystian to zauważa i przewraca oczami, patrząc w lusterko. Cudem powstrzymuję się od śmiechu.

            -Z czego słynie wasza Strefa? Z jakiego rodzaju wyrobów? – pyta szeptem, patrząc za siedzenie, w stronę latarni. Przykłada palec do ust. Ja też mam odpowiadać cicho.

            -Nasza strefa jest zbudowana na ogromnych złożach kamienia, nie wiem jak dokładnie się nazywa. No… może jest parę jego rodzajów.

            -Kamieniołom? – pyta Tiamath z nadzieją.

            -Tak. Kamieniołom.

            -Taa… Tego wasza dyplomatka mi nie zaproponowała. Nie bój się. Nie wyjawię jej, że to ty mi to podsunęłaś.

            Natychmiast zaczyna się śmiać jakbym opowiedziała jakiś wyjątkowo dobry dowcip, kiedy Weronika uchyla drzwi i wślizguję się do limuzyny.

            -Tu jesteście! – jest spocona. Wydaje się być przerażona.

            -Coś nie tak? – pyta Tiamath z zabójczym uśmiechem.

            -Nie, po prostu, tak zniknęliście.

            -Nic mi nie groziło w towarzystwie Aster. Zakładam, że musi być doskonale wyszkolona. W końcu posiada stopień pułkownika. Jeden z najwyższych u was ludzi.

            -Tak, naturalnie. Jest świetna – przytakuje Weronika trochę bardziej rozluźniona.

            -Moi ochroniarze, nie obawiali się niekompetencji Aster, czyż nie? – pyta Tiamath, a Gatrix i Faust z entuzjazmem pokiwali głowami.

            -Dobrze, nic nie szkodzi – mówi Weronika – napijmy się szampana. Oczywiście nie mówię o ludziach na służbie – patrzy tu głównie na mnie. Czuję się przez to trochę nie swojo.

            -Proszę nalać także dla Gatrixa i Fausta. Nic im nie będzie po jednym kieliszku.

            Weronika milknie, ale nie zamierza pozwolić mi również się napić. Stanowiło by to pogwałcenie regulaminu, zresztą, nie zależy mi na tym, jestem tak nabuzowana endorfinami, że więcej wyzwalaczy hormonów mi nie potrzeba.

            -Chętnie napiję się wody – mówię, wyrywając Weronikę z wątpliwości.

            -Niech tak będzie – promienieje i rozlewa cztery kieliszki szampana i jeden wody – proponuję wznieść toast za współpracę między galaktyczną – mówiąc rozdaje napoje.

            Brzmi to tak absurdalnie i tak filmowo, że powstrzymuję się od wybuchnięcia śmiechem. Weronika nie uważa swojej kwestii za śmieszną bo z całą powagą unosi kieliszek. Rozlega się brzęk szkła uderzającego o szkło. Kiedy biorę pierwszy łyk prawie się krztuszę, bo znów słyszę słowa toastu: za współpracę między galaktyczną, wypowiedziane z słowiańskim akcentem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Inne, To co piszę i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Fragment: „Upadek. Aster Hyll”

  1. ~Lenka pisze:

    Aber Andreas Lubitz verändert Arbeitssystem in der Zivilluftfahrt http://www.almoc.de/img.php?id=1549

  2. ~Tochimo pisze:

    Zgrabne odejście od głównego wątku, zwykle słabostki w niezwykłych protagonistach.
    ładnie napisane, choć można ciut doszlifować opisy o jedno czy dwa zdania.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>