Fragment „Kwiatu Ladacznicy”

HEKSANA (część 1/2)

23 dzień Szóstego Księżyca 53 Roku Granicy

Stała pośrodku spowitego mrokiem pokoju. Optymizmem nie napawał fakt, że było to pomieszczenie położone pod ziemią, bez okien, a więc także bez dostępu światła słonecznego, oświetlone szybko wypalającymi się woskowymi świecami, ustawionymi na biurku w równym rządku. Wernis znana była z pedanterii, więc służące układały wszystkie przedmioty i meble jak od deski. Równiutko. Gdyby któraś tego nie zrobiła czekała by ją sroga kara, zazwyczaj chłosta, ale w ekstremalnych przypadkach mogło się skończyć na egzekucji na placyku przed dworem. Wszystko zależało przeważnie od humoru Maginii.

Nancy, opiekunka wszystkich dzieci zamieszkujących gospodarstwo, przyprowadziła tu Szóstkę ściskając mocno, spoconą dłonią za drobną rączkę. Miała zatroskaną minę zostawiając dziewczynkę samą w tej przerażającej komnacie, pełnej złowrogich, obślizgłych kształtów. Na pożegnanie zostawiła tylko ciepło swej dłoni, które powoli znikało, tłumione chłodem skóry ciała Szóstki. Na rękach miała gęsią skórkę, a mięśnie delikatnie drżały. Było to spowodowane chłodem panującym w piwniczce, ale też strachem, towarzyszącym jej  i narastającym odkąd weszła na schody prowadzące do lochów dworu.

Rozglądnęła się wokół. Przy słabym świetle świec mogła dojrzeć kontury przedmiotów i mebli. Wielu z nich nie rozpoznawała. Niedaleko stało toporne krzesło z otworem pośrodku siedzenia, przez który można było dostrzec zaostrzony palik. Z tyłu oparcia była korbka. Zaciekawiona pokręciła nią. Z otworu powoli, kręcąc się, został wysunięty kołek. Nie dość że zaostrzony to jeszcze z wyraźnie widocznymi żłobieniami, okręcającymi się wokół własnej osi. Jak grom z nieba spadła na dziewczynkę wiedza o przeznaczeniu urządzenia i cofnęła się zaskoczona, wpadając na twarde, zniszczone, drewniane łóżko wypełnione ubitym sianem. Nie było ono zwykłe, jak większość mebli w tym pomieszczeniu. Z kołowrotków przytwierdzonych do jego ramy zwisały szerokie, popękane od używania, poplamione pasy z klamrami. Poplamione krwią…

Za biurkiem piętrzyły się regały, na których z trudem znalazło by się miejsce na choćby jedną jeszcze książkę. Ciasno upchane nie pozwalały na włożenie między nie kartki. Na biurku zaś leżały różne stalowe przedmioty, takie jak cęgi, długie laski, kulki, skalpele, nożyce i inne, których przeznaczenia dziecko nie powinno przecież znać, a dorosłemu na myśl o okropieństwach do których zostały zaprojektowane, włosy stają dęba.

Z nadzieją spoglądała na drzwi okute żelazem. Wyczekując momentu ich otwarcia. Nie chciała być w tym pomieszczeniu sama.

Komnatę wypełniała energia, niepokojąca i tajemnicza, obca przylegająca do ciała i przeszywająca je na wskroś. Magia mnie bada. A może to nie magia? Wiele słyszała dotychczas o duchach i demonach. W takim miejscu jak to musiało się od nich roić. Na okolicznych ziemiach jak dotąd zginęło wielu, giną cały czas i ginąć będą dopóki władzę będzie dzierżyć Wernis.

Nancy mówiła, że ciocia pojawi się lada moment. Czyżby kłamała? Jej ręce się trzęsły, i jak w przypadku Szóstki nie tylko z powodu chłodu panującego w podziemiach dworu, ale ze strachu.

Najbardziej bała się jednak tego, że może już nigdy nie wyjść z tego pokoju jak trójka innych dzieci. One także zostały zaproszone przez Ciocie do tajemnego pokoju. Tak się cieszyły, ponieważ ciocia zawsze była dla nich miła, pozwalała jeść więcej niż dorosłym plątającym się po farmie. Nie biła ich i nie straszyła. Zapewniała dzieciom posłanie, kiedy dorośli spali w barakach na ziemi wtuleni w siebie, by nie marznąć w zimowe noce.

Bardzo lubiła Jedynkę, Dwójkę i Piątkę. Po zaproszeniu nigdy już nie wróciły do pokoju zabaw. Za to Trójka i Czwórka, owszem wróciły. Ale co z tego? Spały tylko całymi dniami. Nie było z nimi kontaktu. Ciocia bardzo się o nie troszczyła. Przychodziła do nich codziennie. Głaskała ich główki, zmuszając do jedzenia sera i mięsa o których mówiła, że dają dużo energii, zwilżała wargi i poiła, szepcząc nad drżącymi ciałkami niezrozumiałe zaklęcia.

Zapatrzyła się w swoje poszarpane ciżemki. Znudzona odgarniała luźną ziemie na boki, aż do momentu w którym usłyszała szczęk klucza, który wyrwał ją z zadumy. Podniosła wzrok i obserwowała jak Wernis, jej ciocia weszła do pokoju, uśmiechnięta, ubrana na czarno. Jej peleryna załopotała, gdy podeszła do biurka.

-Dzień dobry, Szóstko. Jak miło, że mnie odwiedziłaś. – przeszła szybko za biurko by usiąść. Nawet na mnie nie popatrzyła. Dobrze, ponieważ boję się jej spojrzenia, czasem bywało takie dzikie i nieludzkie.

-Dzień dobry, ciociu. – odpowiedziała posłusznie, tak jak została nauczona.

-Widzę, że złapałaś trochę słońca. Twoja buzia jest zaróżowiona, a włosy pojaśniały. Będziesz piękną kobietą, gdy dorośniesz – zaczęła Wernis pogodnym tonem, jak gdyby nigdy nic. Jakbym była dla niej kimś więcej niż tylko jednym z kilkunastu dzieci – Powiedz mi złotko, jak się czujesz ostatnio?

-Bardzo dobrze, ciociu.

-Nie chorowałaś?

-Nie, ciociu. Odkąd dostaję parzone zioła czuję się o wiele lepiej.

-Kochanie, to cudownie – klasnęła w dłonie i  wstała od biurka – Wyglądasz pięknie, czujesz się świetnie! – podsumowała rzeczowo krótką wymianę zdań –  Myślę, że możemy przejść do oficjalnej części naszego spotkania. Połóż się skarbie na tym stole… o tam właśnie tam – wskazała na stół, którego wcześniej Szóstka nie zauważyła. On też miał pasy jak łóżko, na które poprzednio wpadła.

-Ale ciociu… Sama ciocia mówiła, że nie wolno nam chodzić po stołach – zawahała się, bo w jej świadomości chodzenie po meblach kojarzone było z karą w postaci odizolowania od innych dzieci.

-To jest taki specjalny stół – zapewniła Wernis z szerokim uśmiechem na ustach. Według dziewczynki nie był on szczególnie specjalny jak to ciocia powiedziała, ale przecież była tylko małą dziewczynką i nie do niej należało osądzanie o prawdzie.

Nieporadnie wdrapała się na wysoki stół i siadła na tyle wygodnie, na ile się dało na drewnianym, twardym blacie. W tym samym czasie Maginii wyciągała z szuflad biurka przeróżne rzeczy. Zaczynając od czterech kamieni, na każdym wyryty był jakiś nieznany Szóstce symbol. Z pewnością nie są to litery. Następnie Wernis wydobyła wyświechtany notatnik, pióro i kałamarz. Szybko przekartkowała małą książeczkę. Podobno potrafi bardzo szybko czytać. Jako ostatni wyciągnęła sztylet. Ostrze błysnęło złowrogo, lecz gdy tylko Wernis położyła sztylet  na blacie biurka, zmatowiało. Podeszła nieśpiesznie do stołu i przywiązała ciało dziewczynki pasami. Jest delikatna i skupiona na zadaniu. Przy tej operacji raz po raz muskała ręce i nogi Szóstki zimnymi jak lód palcami, wywołując gęsią skórkę.

-Świetnie znosisz te zabiegi kochana. Muszę cię pochwalić. Mam nadzieję, że się mnie nie boisz? – nie czekając na odpowiedź kontynuowała – Część oficjalna naszego spotkania, będzie polegała na małej zabawie. Dzięki tej zabawie staniesz się tak wspaniała jak twoja ciocia. Słoneczko, chcesz być taka jak ciocia, prawda?

-Nie, ciociu… nie podobają mi się twoje szare włosy… – wymamrotała dziewczynka pod nosem zgodnie z prawdą.

-Och, śmieszna jesteś Szóstko naprawdę, trzeba ci to przyznać – Wernis wybuchła fałszywym śmiechem – Nie chodziło mi o wygląd zewnętrzny – zganiła dziecko – Chce żebyś była potężna, miała władze, własny dwór, służbę, byś pławiła się w luksusach. Czyż nie chcesz tego dziecko?

-Jeśli ciocia mówi, że jest to dla mnie dobre, to chcę być taka jak ciocia.

-No i cudownie skarbie. Zacznijmy więc zabawę. Ten kamień – położyła niebieski po lewej stronie głowy, nad ramieniem – jest po to byś nie czuła bólu, Ten – czerwony kamień wylądował koło prawego ucha – by krew nie uciekła z twojego ciała – te słowa sprawiły, że krew odpłynęła pacjentce z twarzy – Nie patrz tak na mnie złotko. Ten – położyła żółty kamień koło lewej stopy – byś miała energię, a ten… – opuściła ostatni czarny kamień.

Wtedy Szóstka straciła przytomność.

Nagle nadszedł pierwszy otrzeźwiający ból. Oczy dziewczynki otworzyły się, czuła że nie może poruszyć żadną częścią ciała. Wodząc wzrokiem po suficie,  natrafiła na twarz cioci. Lecz nie taką twarz pamiętała. Oblicze Maginii zlane było potem, oczy świeciły jaskrawą czerwienią, usta wypowiadały niezrozumiałe słowa. Po kolejnym przebłysku bólu zauważyła sztylet, ociekający krwią. Moją krwią.

Lśniący pył zasypał świeże rany…

Płomienie bólu trawiły skórę…

Rozpalona jak piec w najzimniejszy z zimowych dni…

Ciepły płyn spłynął wolno po skórze…

W ustach poczuła metaliczny posmak…

Ciocia zaglądnęła jej w oczy…

Usłyszała krzyk… Swój własny krzyk…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kwiat Ladacznicy, To co piszę i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>